War is not the only option
Marka Warcraft zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Wcale nie dzięki osławionemu World of Warcraft, a serii strategii, w które namiętnie zagrywałem się jako nastolatek. Mimo że wykreowane przez Blizzard uniwersum jest właściwie bardziej cukierkową kalką Warhammera, to broni się ciekawie napisanymi postaciami i sporą dawką autoironii. W rękach zdolnego twórcy dawało to nadzieje na godne filmowe rozwinięcie i pierwsze porządne fantasy w kinie od czasów trylogii "Władcy Pierścieni".
Niestety już po pierwszy zwiastunach mój entuzjazm opadł, a oczekiwania względem tego filmu spadły do minimum. Ostatnią
nadzieją była osoba reżysera - Duncan Jones, syn Davida Bowie'ego,
człowiek odpowiedzialny za świetny "Moon" i przy okazji fan gier spod
znaku Warcraft. Zdawałem sobie jednak sprawę, że w przypadku tego typu
blockbustera, reżyser może stać się tylko wyrobnikiem w rękach
producentów. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w trailerach to przesyt CGI z aktorami sprawiającymi wrażenie doklejonych do całości. Po seansie okazało się, że jest to najmniejszy problem filmu.
Warto tutaj nadmienić, że postacie orków zostały wykonane doskonale, z niesamowitą dbałością o szczegóły. Chciałoby się, żeby cały film zrobiony był z taką pieczołowitością. Niestety dalej jest już tylko gorzej, jakby cały budżet poszedł na CGI przedstawicieli Hordy.
W momencie, kiedy akcja przenosi się do Azeroth i poznajemy stronę Sojuszu, czar pryska. Nie dość, że scenografia we wnętrzach pałaców, wygląda jak ze szkolnego przedstawienia, to aktorzy sprawiają wrażenie zbieraniny cosplayerów z pierwszego, lepszego LARP-a. Król Llane w wykonaniu Dominica Coopera, nie ma za grosz charyzmy. Ben Schnetzer jako początkujący mag Khadgar wygląda jak stereotypowy przykład gracza World of Warcraft, a Travis Fimmel grający wojownika Lothara jest nieudolną kopią swojego bohatera z "Wikingów". Gwoździem do trumny jest półorczyca Garona (Paula Patton), która jest po prostu kobietą z doczepionymi dolnymi kłami i zielonkawą skórą. Ogromnie kontrastuje to szczególnie we wspólnych scenach z Durotanem i resztą Hordy.
Tego typu niedostatki byłbym jednak w stanie wybaczyć, gdyby zrekompensowano je ciekawym scenariuszem. Niestety na tym polu Duncan Jones i Charles Leavitt polegli całkowicie. Pal sześć, że to sztampa rodem z podrzędnej powieści fantasy, bo dobra realizacja i choreografia walk mogłaby to skutecznie zamaskować. Doskwiera brak dystansu i szczątkowy humor, czego akurat w tym uniwersum powinno być pełno. Najgorsze jest jednak to, że nie mogłem pozbyć się wrażenia, jakby stworzono materiału na cały sezon serialu i ktoś to po prostu brutalnie pociął w montażu. Niemal od początku byłem bombardowany dziesiątkami nazw własnych, których wyjaśnienia się nie doczekałem, a lwia część wątków została wyjaśniona lakonicznie lub wcale.
Dzieje się dużo, momentami aż za bardzo, ale co z tego, jeśli dokładnie nie wiadomo co, z czego wynika, a motywacje bohaterów nie przekonują, bo nie zdążyłem ich należycie poznać. Domyślam się, że tylko fani znający uniwersum Warcrafta jak własną kieszeń odnajdą się w tym zagęszczeniu i będą czerpać z niego przyjemność. Zresztą niektóre sceny to nic więcej, jak czysty fanserwis i mruganie okiem do graczy.
Dzieje się dużo, momentami aż za bardzo, ale co z tego, jeśli dokładnie nie wiadomo co, z czego wynika, a motywacje bohaterów nie przekonują, bo nie zdążyłem ich należycie poznać. Domyślam się, że tylko fani znający uniwersum Warcrafta jak własną kieszeń odnajdą się w tym zagęszczeniu i będą czerpać z niego przyjemność. Zresztą niektóre sceny to nic więcej, jak czysty fanserwis i mruganie okiem do graczy.
Walki i wszelkie sceny akcji zrealizowane są w większości świetnie, szczególnie pojedynki. Każdy kto widział przerywniki filmowe Blizzarda, wie że w tej kwestii nigdy nie zawodzą, a w kinie wygląda to jeszcze lepiej. Lecz nawet tutaj nie jest do końca różowo, bo finałowe starcie armii Sojuszu z Hordą, to ogromne rozczarowanie. Batalistyczne sceny zbiorowe przedstawione w ujęcia z lotu ptaka -celowo kojarzące się z grami- rażą niedbałą animacją, a samo starcie nie ma nawet ułamka rozmachu dowolnej większej bitwy z serii "Władcy Pierścieni". Czyżby znów wyszły niedostatki budżetowe? Próbowano to nadrobić dramaturgią, ale przy tak napisanych postaciach nie było mowy o jakiejkolwiek trosce o bohaterów (może z wyjątkiem Durotana).
"Warcraft: Początek" to mógł być dobry film. Wystarczyło inaczej rozłożyć akcenty. Zrezygnować z bohatera zbiorowego, skupić całość wokół postaci Durotana i Hordy, a niektóre wątki w ogóle wyciąć i zostawić na sequel. W obecnej formie otrzymałem solidny pod względem rzemieślniczym, ale totalnie bezduszny i mało angażujący film stworzony głównie pod fanów serii gier. Zakończenie sugeruje kontynuację, która mam nadzieje naprawi największe mankamenty obrazu. A jest co naprawiać.
4/10