War is not the only option
Marka Warcraft zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Wcale nie dzięki osławionemu World of Warcraft, a serii strategii, w które namiętnie zagrywałem się jako nastolatek. Mimo że wykreowane przez Blizzard uniwersum jest właściwie bardziej cukierkową kalką Warhammera, to broni się ciekawie napisanymi postaciami i sporą dawką autoironii. W rękach zdolnego twórcy dawało to nadzieje na godne filmowe rozwinięcie i pierwsze porządne fantasy w kinie od czasów trylogii "Władcy Pierścieni".
Niestety już po pierwszy zwiastunach mój entuzjazm opadł, a oczekiwania względem tego filmu spadły do minimum. Ostatnią
nadzieją była osoba reżysera - Duncan Jones, syn Davida Bowie'ego,
człowiek odpowiedzialny za świetny "Moon" i przy okazji fan gier spod
znaku Warcraft. Zdawałem sobie jednak sprawę, że w przypadku tego typu
blockbustera, reżyser może stać się tylko wyrobnikiem w rękach
producentów. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w trailerach to przesyt CGI z aktorami sprawiającymi wrażenie doklejonych do całości. Po seansie okazało się, że jest to najmniejszy problem filmu.
