Będzie zabójstwo. I ja w nim będę brał udział.
A mówię ci to tylko dlatego, że mi tego nie udowodnisz.
Ten reżyser kręci filmy w specyficzny sposób. Jego "Pitbull" z 2005 roku to szorstkie, męskie, do bólu realistyczne kino. Nie wylewający za kołnierz policjanci z problemami, cwaniaczki z warszawskiej Pragi i ormiańscy handlarze ze Stadioniu X-lecia. Z jednej strony dobry kryminał: morderstwa, śledztwa, przesłuchania, a jednocześnie ciekawy dramat obyczajowy i portret Warszawy jeszcze skażonej postkomuną. Wszystko inspirowane rzekomo prawdziwymi wydarzeniami, bo reżyser wyrobił sobie znajomości wśród służb mundurowych i podobno nawet jeździł z nimi na akcje.
Jedyny problem tamtej produkcji to namnożenie zbyt wielu wątków, co spowodowało spory chaos i wrażenie, że pewne rzeczy pozostały niedopowiedziane. Okazało się to prawdą, bo niedługo później Vega dokręcił kilka odcinków serialu telewizyjnego, będącego rozszerzoną wersją filmu, co pozwoliło załatać wszystkie dziury i domknąć co trzeba. Na fali popularności pierwszego powstały razem trzy sezony, ale w ostatnim poziom mocno spadł, pewnie po części dlatego, że powierzono reżyserię innym ludziom. Zaryzykuję stwierdzenie, że dwa pierwsze sezony "Pitbulla" to najlepsze co wypluła z siebie polska telewizja po 2000 roku. Dlatego, kiedy usłyszałem, że Vega wraca do tej marki i kręci drugą część byłem cholernie ciekawy, co z tego wyjdzie.
Szybko okazało się, że oprócz tytułu i kliku starych znajomych pojawiających się (wbrew promocji) epizodycznie, ten film nie ma z Pitbullem nic wspólnego.
Teoretycznie fabuła skupia się na zmaganiach drwaloseksualnego policjanta o ksywie "Majami" (dobry Piotr Stramowski) z grupą mokotowską pod przywództwem gangstera "Babci"(Bogusław Linda w formie). W praktyce otrzymujemy zbiór bardziej lub mniej pasujących do siebie scen, które ma spajać ten wątek.
Akurat chaotyczny i mało spójny scenariusz to najmniejszy grzech "Nowych Porządków" i prawdopodobnie po raz kolejny podkładka pod serial, który będzie jego rozwinięciem. Mnie najbardziej zabolało zupełnie inne niż w poprzedniej części rozłożenie akcentów, przez co zamiast mrocznego kryminału z elementami dramatu obyczajowego dostałem akcyjniak obficie wypełniony elementami czarnej komedii.
Tak, jak pisałem we wstępie, wierzę, że ten film może się podobać. Prawdopodobnie osiągnie spory sukces, uznanie niedzielnych kinomanów i entuzjastów prostych filmów akcji, ale sądzę, że miłośnicy poprzedniego Pitbulla, a szczególnie serialu mocno się zawiodą. Z drugiej strony nie mogę winić tej produkcji jedynie za to, że rozminęła się gatunkowo z moimi oczekiwaniami. Tyle, że nawet biorąc pod uwagę przyjętą nową konwencję, dostrzegam tu klika zgrzytów, o których chcę wspomnieć.
Wg reżysera większość pokazanych zbrodni miała swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, on jedynie spiął to klamrą w postaci walki z gangiem mokotowskim. Problem polega na tym, że przypisał on te czyny zupełnie niewiarygodnym i przerysowanym postaciom, co tworzy pewien dysonans. Elementy twardego realizmu przeplatają się tu z groteskowymi i paskudnie zabawnymi sytuacjami. Bo jak wytłumaczyć fakt, że najbardziej zaufani ludzie eleganckiego, inteligentnego szefa gangu to bezmózgi sterydziarz "Strachu" i nieobliczalny psychopata "Zupa". Te postacie, chociaż przerysowane, same w sobie są naprawdę nieźle zagrane, wyraziste i świetnie mogłyby funkcjonować w B-klasowym filmie. To samo zresztą tyczy się głównego bohatera. Czuły twardziel, przez swoją fryzurę i tatuaże rzucający się w oczy z kilometra to też fajnie napisany bohater, ale do cholery, nie do filmu, którego reżyser podkreśla w każdym wywiadzie realizm produkcji i stwarza jego pozory.
Z całej obsady chyba tylko Linda i Grabowski (mimo, że temu pierwszemu też zdarza się przeszarżować, a ten drugi pojawia się na ekranie zbyt rzadko) pasują do przyjętych założeń.
Kobiety pełnią tu w zasadzie rolę ozdobnika.Olka Mai Ostaszewskiej (chociaż to bardzo nietypowa, jak na nią rola) służy jedynie eksponowaniu wdzięków i rozładowywaniu napięcia niskich lotów żartem. Postać Agnieszki Dygant - "Kura" to z kolei psychodeliczne dopełnienie "Zupy" Krzysztofa Czeczota. Swoją drogą, Vega mógł swoim postaciom wymyślić trochę lepsze ksywki.
Z tym humorem w "Nowych Porządkach" to też ciekawa sprawa, bo film jest nim wręcz przesycony, ale w większości jest albo dość prymitywny, albo kompletnie nie pasuje do sceny. Dwa przykłady:
Napadnięty przez zbirów facet, po uratowaniu go przez policję, opowiadając o powodach zajścia tłumaczy szczegółowo ilu z napastników wcześniej mu - excuse-moi - obciągało, a ilu ruchał. Sala kinowa się zaśmiewa, a ja czuję tylko zażenowanie. Albo jeden gangster okłada kijem bejsbolowym przywiązanego za nogi do poprzeczki bramki faceta. Wszystko dokładnie ukazane w kadrze. Stojący obok zwraca mu kilkukrotnie uwagę, żeby nie bił ofiary po głowie, bo nic im nie powie. Okazuje się, że ten z kijem ma zamknięte oczy i wali na oślep, bo mdleje na widok krwi. Znów wybuch śmiechu w kinie, a mnie zastanawia jak można tak dosadną wizualnie scenę puentować żartem?
Muszę jednak uczciwie przyznać, że film posiada też sporo świetnych, wyważonych i zapadających w pamięć momentów. Wrażenie robią dobrze sfilmowane sceny zbiorowe, o czym możemy się przekonać już w pierwszych minutach filmu. Widać, że etatowy operator Vegi - Mirosław Brożek, ma coraz lepsze wyczucie kadru.
Nowy "Pitbull" stoi w rozkroku między realistycznym kinem o pracy współczesnej policji, a przerysowaną, zabawną sensacją i chyba lepiej dla filmu byłoby, gdyby już całkowicie odpuścił sobie ten poważny ton, zmienił tytuł i całkowicie poszedł w czystą rozrywkę.Vega próbował nauczyć starego psa nowych sztuczek i na tym poległ. Do tego wspomniany chaos i mało czytelny główny wątek nie pomagają. Jeśli domniemany serial naprawi ten ostatni mankament na pewno ocenię go trochę wyżej.
5+/10